Długo myślałam, co z tym zbiorem rzeczy zrobić. Raz wpadałam w euforię i pisałam do późna, a raz miałam ochotę rzucić to wszystko i zająć się malowaniem martwej natury.
Ostatnio przypomniałam sobie, że mam przecież na dysku piąty rozdział, który od kilku miesięcy czeka na publikację i zdecydowałam się przywrócić zbiór rzeczy do życia.

Pewnie nikt z dawnych czytających nie ocalał, ale cóż...



- Mów, co ci leży na wątrobie. No, dalej.
Lina obdarzyła matkę zdziwionym spojrzeniem. Miała na sobie swój ulubiony szary kostium, chociaż według Liny spódnica była zbyt krótka, a żakiet zbyt obcisły. Długie, złociste włosy upinała do pracy w kok lub podpinała klamrą, eksponując długą, szczupłą szyję. Była jakby starszą wersją Liny. Matka, żona, kochanka, wciąż jednak nosiła na twarzy odrobinę dziecięcego blasku, tak bardzo wyraźnego u córki. Pracowała jako seksuolog, miała w centrum całkiem przytulny gabinet o fiołkowych ścianach. Do domu przywoziła ze sobą z pracy historie pacjentów, którymi z chęcią dzieliła się z resztą rodziny przy obiedzie, a do pracy, razem z teczką i śniadaniem, zabierała opowieści domowe i wspierała nimi swoich pacjentów. Dlatego rzadko się zdarzało, by Lina z Michałem zwierzali się matce z dręczących ich spraw.
- Nic mi na niczym nie leży – Lina zanurzyła maślane ciasteczko w mleku. – Jak się nie pośpieszysz, spóźnisz się do pracy.
- Nie rozumiem ciebie – matka usiadła przy niej. – Nigdy nie chcesz ze mną rozmawiać, twoje życie jest dla mnie jedną wielką zagadką – ujęła córkę za podbródek i przyjrzała jej się dokładnie. – Jesteś dziewicą?
Lina aż zakrztusiła się ciastkiem.
- Mamo!
- Chyba się nie masturbujesz? – zmrużyła oczy.
- Lepiej idź do pracy – Lina wstała i odstawiła kubek do zlewu. – A to, czy się masturbuję i czy jestem dziewicą czy nie, to moja osobista sprawa.
- Wiedziałam! – Matka uśmiechnęła się triumfująco. – Kiedy to się stało? Z kim? Czy przypadkiem nie z Funnym?
- Nie rozmawiam z tobą – Lina odwróciła się do niej plecami.
Z niewiadomych powodów matka od rana chodziła za nią jak cień, uparcie twierdząc, że Lina czymś się martwi. W porządku, może nie wyglądała najlepiej i raczej nie było jej do śmiechu, ale umysł miała czysty jak łza, nie nękały ją żadne myśli, a jedyną rzeczą, którą się przejmowała był brak sera żółtego w lodówce. I na tym kończyły się jej poranne problemy. Wróciła do łóżka i opatuliła się kołdrą.
Za oknami wiatr targał koronami drzew, siłą pozbawiając je liści, uderzał nagłymi podmuchami w szyby, szarpał dzwonkami zawieszonymi na werandzie. Lina obserwowała jego poczynania ze swojej ciepłej fortecy. Była bezpieczna. Im szczelniej jednak oplatała się kołdrą, z tym większą złością walił do okien, próbując się wedrzeć do środka. Wiał od zachodu, niosąc ze sobą cichy szept, nachalnie wypowiadający jedno imię:
- Rousseau.
- Wychodzę! – głos matki zagłuszył dźwięki wiatru, a jej głowa pojawiła się między szczebelkami balustrady. – Jakbyś się gorzej poczuła to zadzwoń, dobrze?
- Dobrze – kiwnęła głową.
- Trzymaj się.
Bała się wiatru. Bawił się sercami ludzi, odmieniał je swoim chłodnym dotykiem, nieraz dla zabawy złączał ze sobą losy dwóch obcych osób, wył rozpaczliwie w jesienne noce, opłakując to, co utracone. Jego jęk przeszywał Linę na wskroś, nie dawał spać, dręczył jej myśli. Płacz, płacz. Posyp głowę popiołem i proś o wybaczenie, bo zgrzeszyłaś. Gdy wiało, zawsze ubierała się cieplej i kreśliła znak w powietrzu, by nie dostał się do jej serca. Już raz zadrwił z niej, potrząsnął żaluzjami, okrył ich cienkim materiałem zasłon i nie pytając nikogo o zgodę, splótł te dwie, dotąd toczące się osobnymi drogami historie w jedną. Pewnego dnia pojawił się niezapowiedziany, dmąc z północy i rozwiązał to, co kiedyś przypadkowo złączył.
- Blado wyglądasz – Funny oparł brodę na pięści. – Nie bój się, w końcu ustanie, zmęczy się i zostawi ciebie w spokoju.
- A nie martwisz się o siebie? – uśmiechnęła się spod zasłony rudych włosów.
- Moje serce nie jest tak lekkie jak twoje.
- Więc podjąłeś już decyzję?
- Tak.
Podkuliła nogi i oplotła je ramionami. Wzięła do dłoni kostkę i rzuciła nią. Poturlała się po blacie stołu, turkocząc wesoło. Sześć oczek. Przesunęła swój pionek do przodu i obejrzała się, by spojrzeć na okno. Wydawało się, że wiatr słabnie, wygasa, ale ona wiedziała, że jeszcze się nie poddał, spróbuje zaatakować raz jeszcze, a potem odejdzie. Wygra i dostanie się do jej serca lub przegra z kretesem i będzie musiał obejść się smakiem.
- Psia pogoda – wymamrotał Funny i westchnął ciężko, widząc, że znajduje się dwanaście pól za Liną. – Jak wracałem ze szkoły, jednej kobiecie wiatr wyrwał z dłoni parasolkę. Nie wnikam w to, po co ona jej była, skoro nie padało, ale zgadnij, kogo uderzyła? Mnie – pokręcił głową. – Strach wychodzić na ulicę, naprawdę. Jak ptak na ciebie nie nasra to dobije cię parasolka jakiejś staruszki.
- Nie przesadzaj – Lina zarzuciła koc na ramiona. Goethe wskoczył jej na kolona i ułożył się na podołku. – Słuchaj, Funny, chciałam ciebie przeprosić za wczoraj, zachowałam się…
- Jak biedna dziewczynka, która nie ma wprawy w piciu i po dwóch piwach wygaduje głupoty – dokończył z uśmiechem. – Dobrze, że trochę popłakałaś, niepotrzebnie dusisz w sobie te emocje. Jesteś w końcu kobietą, łzy to twój przywilej – zaśmiał się, ale szybko umilkł, gdy Lina celnym rzutem kostki trafiła go w czoło. – Nie sądzisz, że powinnaś porozmawiać z Michałem o Roux?
- Było, minęło, wiatr zabrał wszystko. Nie ma o czym rozmawiać – mruknęła. – Ja tylko nie rozumiem, dlaczego przez tyle miesięcy ten temat był zamknięty, a teraz nagle powrócił, tak po prostu, bez żadnego ostrzeżenia. Wszystko przez ten telefon.
- Jaki telefon, Lina? – Funny zmarszczył czoło. – Dzwonił do ciebie?
- Pomyłka – machnęła ręką. – Ale przez chwilę… najgorsze jest to, że ja chciałam, żeby to był on.
Po południu matka wróciła z pracy cała w skowronkach z nową lampą do salonu i świeżymi historiami o pacjentach. Tuż po niej przyjechał ojciec, zmęczony głupotą swoich studentów i ciągłym użeraniem się z panią rektor. Pocałował żonę, pocałował córkę, powiesił marynarkę na oparciu fotela i zasiadł do fortepianu, by zrelaksować się Szumanem. Lina tępo patrzyła na matkę, która radośnie ćwierkała o mężczyźnie, który nie był w stanie zaspokoić uzależnionej od seksu żony. Im dłużej tego słuchała, tym żałośniej wyglądała jej twarz, skrzywiona w osobliwym grymasie zdegustowania i zmęczenia. Nim rodzicielka dokończyła opowiadać swoją historię, Lina ulotniła się z kuchni, pozostawiając po sobie napełniony do połowy herbatą, kubek w roztańczone krowy.
Wiatr osłabł, nucił teraz tylko swoją smutną piosenkę, delikatnie poruszając gałęziami drzew, które jeszcze rano szarpał z nieopisaną złością. Wróble bujały się na kablach telefonicznych jak na wielkich, giętkich huśtawkach. Goethe obserwował je z parapetu okna, leniwie przymrużywszy oczy, ale był to bardziej objaw jego kociej nudy niż myśliwskich instynktów. Stopniowo pejzaż łagodniał, uspokajał się i tylko gałęzie leżące na ulicy świadczyły o porannej wichurze.
Lina stała przed biurkiem, niezdecydowana, czy to, co zamierza zrobić, jest właściwe. Postanowiła przecież nigdy więcej do tego nie wracać. Spojrzy tylko na nie i z powrotem je schowa. Otworzyła szufladę biurka i wyjęła spod zeszytów grubą, czerwoną kopertę. Zapomniała, że miała ich tak dużo. Wyjęła zawartość koperty, ale gdy dostrzegła tą twarz ze śmiejącymi się do niej ze zdjęcia oczami, palce jej zdrętwiały i zdjęcia rozsypały się po podłodze. A jednak nie była jeszcze gotowa.
Dziwne, że to przypadki decydują o życiu człowieka, choć większa część obywateli tego świata głośno się przeciwko temu buntuje, bo człowiek przecież sam się kształtuje, jest kowalem swojego losu i tym podobne. Cóż, w takim razie przechodzeń w czerwonej kurtce, którego dzisiaj przejechał tramwaj z pewnością zaplanował wcześniej swoją tragiczną śmierć z najmniejszymi szczegółami. Czysty przypadek sprawił, że tego dnia znalazł się wtedy na torach, wywabiony z biura telefonem od kochanki i że u kierowcy tramwaju wykryto w krwi ponad dwa promile alkoholu. Przypadkiem była też wygrana kilku milionów w Toto Lotka przez kobietę ze Śląska, która na chybił trafił zaznaczyła na kuponie sześć liczb. Jedni ten przypadek nazywają przeznaczeniem, fatum ( o czym przekonał się Edyp), inni, potraciwszy zupełnie zmysły, rozochoceni jakimś trunkiem nadało przypadkowi ciało, ubrało w szaty i ochrzciło Bogiem. Kwestia gustu. Ten sam jednak przypadek sprawił, że w momencie, gdy Lina schylała się, by pozbierać rozsypane zdjęcia, do jej pokoju weszła matka.
- A co ty, córcia, robisz? – spytała, nawet nie starając się ukryć zainteresowania, jakie wywołał w niej ten widok.
- Sprzątam – odparła krótko Lina.
- Widzę, widzę – uklękła obok i wzięła do ręki pierwszą z rzędu fotografię. – Kto to?
- Nikt, mamo.
- Włoch?
- Francuz – westchnęła Lina. – A teraz oddaj mi to zdjęcie, proszę się.
- Wcale nie wygląda na Francuza – matka posłuchała jej i dała jej fotografię, choć niechętnie. – Może opowiesz mi o nim, co? Przysięgam, że tej historii nie usłyszy żaden z moich pacjentów.
- Mamo, proszę cię…
- Wygląda znajomo. Znam go, prawda? – zmarszczyła twarz w zamyśleniu. – Czekaj, czekaj, czy to nie przypadkiem wasz nauczyciel od francuskiego? Tak, to on. Ale powiedz mi jedno, córa – co tu robią jego zdjęcia?
- Leżą.
- Niech mnie diabli kopną, aleś ty dzisiaj rozmowna! Mieliście romans?
Ale zamiast odpowiedzi otrzymała smutne spojrzenie dwojga brązowo-zielonych oczu.

Lato tego roku było wyjątkowo gorące. Najmniejsza ilość wilgoci, wystawiona na słońce, parowała w mgnieniu oka, toteż trawa w ogródkach zżółkła, a liczne rośliny zwiędły. Więdli też ludzie, nieprzystosowani do aż tak wysokich temperatur, snujący się po ulicach jak mary nocne. Lina również cierpiała z braku deszczu, była dzieckiem wody, tęskniła do wilgoci unoszącej się w powietrzu i do nagłych ulew, które zawsze były częścią lata w tej strefie klimatycznej. Rozpoczęcie roku szkolnego, a tym bardziej nauki w liceum w takich warunkach było nieludzkie, ale skoro od lat dzieci pierwszego września wracały do szkół, niespodziewanie gorące lato nie mogło zmienić tej tradycji.

„Nie pamiętam, czy to zaczęło się już tamtego dnia. Pierwszego września w czwartek. W pamięć wbiły mi się dwie rzeczy: jego twarz – niezwykle radosna i wesoła, nigdy nie schodził z niej uśmiech oraz sposób, w jaki luzował krawat, gdy wychodził ze szkoły. Stał na pełnym słońcu, z zadowoleniem rysującym się na twarzy. Jego włosy przypominały mi włosy Funny’ego. Były oczywiście krótsze i czarne, ale równie nieposłuszne, wiecznie zmierzwione przez wiatr. Więc stał przed wyjściem ze szkoły, mrużył oczy i niedbałymi ruchami ręki luzował krawat. Wydało mi się wtedy, że tym samym uwalnia się od roli nauczyciela, która pasowała do niego jak co najmniej pięść do nosa.
Nigdy nie ukrywał, że ta praca to raczej chwilowe hobby aniżeli przeznaczenie i dożywotnie oddanie się misji kształcenia cudzych dzieci. Nie miał zamiaru walczyć z latami podejmowania złych decyzji przez rodziców, rozpuszczania, ignorowania problemów, nadopiekuńczości, które stworzyły twór nastolatka, usiłującego obalić System i zaprowadzić własne, totalitarne rządy, jeśli nie nad światem, to chociaż nad częścią szkoły.
Przez ten rok wiele razy widziałam scenę wyzwolenia się Rousseau. Wychodząc ze szkoły przestawał być nauczycielem. Był wolny. Do dziś nie wiem, którego z nich kochałam bardziej – tego niezależnego, czy nauczyciela”


Kilka dni po wichurze, wbrew danej sobie obietnicy, Lina postanowiła odgrzebać stare sprawy. Nie wróciła do domu z Funnym tylko wsiadła do tramwaju, zamierzając odwiedzić miejsce, gdzie niegdyś mieszkał Roux. Po jego zniknięciu mieszkanie pewnie zostało sprzedane i kto inny je teraz zajmuje, może jednak wciąż stoi puste, a w skrzynce zalegają zaadresowane do niego listy? Była jednak przygotowana na najgorsze – po Rousseau nie pozostał żaden, choćby nawet najmniejszy ślad.
- Lina?
Odwróciła się z mocno bijącym sercem. Monika stała przed nią, ściskając w ramionach wypchaną zakupami papierową torbę. Obok bloku przycupnęła furgonetka jakiejś firmy remontowej, a z okien mieszkania na trzecim, ostatnim piętrze, wydostawały się kłęby pyłu. A więc stało się. Rousseau zniknął na zawsze. Czego ona właściwie się spodziewała? Że po roku przyjdzie tutaj, a on wciąż będzie czekał na nią w tym mieszkaniu, jakby nigdy nic się nie wydarzyło?
- Lina, wszystko w porządku? – Monika potrząsnęła ją za ramię.
- Tak – uśmiechnęła się, by ukryć swoje rozczarowanie. – Zamyśliłam się po prostu. Co tu robisz?
- Mieszkam niedaleko – machnęła w kierunku drzew parku zza których wyłaniało się osiedle wysokich bloków.
- Ach tak. Nigdy u ciebie nie byłam.
- Może wstąpisz do mnie na chwilę, co? – zaproponowała Monika. – Chciałabym z tobą porozmawiać.
- Może – Lina przymknęła oczy i wsłuchała się w szum wiertarki. Kto tam może mieszkać? – Nie teraz, mam do załatwienia pewną sprawę. Jak nie zrobię tego teraz, to już nigdy nie zbiorę w sobie wystarczająco dużo odwagi na to. Rozumiesz?
- Nie za bardzo – Monika już dawno nauczyła się, że takich osób jak Lina i Funny nie można zrozumieć. Ich zachowanie wychodzi poza granice pojęcia zwykłych ludzi. – To do zobaczenia.
- Mhm.
Monika wraz ze swoimi zakupami oddaliła się w stronę parku, a Lina wciąż stała przed wejściem do budynku utkwiwszy wzrok w oknach mieszkania numer siedem. Mogłaby chociaż zajrzeć do skrzynki, może wciąż są tam listy. Weszła do chłodnej klatki schodowej. Na skrzynce nadal widniało jego nazwisko. Uchyliła wieczko i zajrzała do środka. Pusto. Dźwięki remontu kusiły ją bardzo, ale nie ruszyła się z miejsca tylko tępo wpatrywała się w schody. Ostatecznie poddała się, była bezsilna wobec zachęcającego pomruku przenośnego radia i wesołego postukiwania młotka.
Drzwi otwarte były na oścież, wyprowadzając z mieszkania trudne do ogarnięcia ilości pyłu i kurzu. Nikt nie zatrzymał Liny, gdy weszła do środka i poczęła zaciekawiona przyglądać się zmianom dokonywanym w tak dobrze jej znanym mieszkaniu. Postawiono ściankę, odgradzającą kuchnię od pokoju dziennego, pojawiły się wbudowane w ścianę szafki. W środku tego chaosu stał Rousseau, zwrócony profilem do Liny, w jakiejś pomiętej i poplamionej wapnem koszulce i pyłem w ciemnych włosach. Lina nie dała mu szansy siebie dostrzec, nim zdołał się odwrócić wypadła na korytarz i zbiegła po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Zachłysnęła się powietrzem, gdy znalazła się na zewnątrz.
Przypomniał jej się wiatr i upór, z jakim starał się do niej dostać. Czyżby starał się naprawić swój błąd sprzed roku? Nie, na to jest za późno, remont jest tego najlepszym przykładem. Bo dlaczego Roux miałby zmieniać swoje mieszkanie? Postąpił mądrze i zaczął wszystko od początku. Znalazł odpowiednią dla siebie kobietę, założył rodzinę, może ma nawet dziecko?
Lina poprawiła smętnie zwisającą u jej boku torbę. Czy nie tego chciała? Definitywnie zakończyć tę historię, by nie było do czego wracać? Powinna być zadowolona… To pewnie przez to zaskoczenie, szybko minie i wszystko ułoży się dobrze. Miasto jednak pociemniało, a niebo przykryły żółtobrzuche burzowe chmury. Po chwili spadł deszcz, ale skupił się tylko na Linie, resztę ulicy pozostawiając nienaruszoną. Lina pragnęła być z cukru, rozpuścić się w tej ulewie i spłynąć do rynsztoku. Krok za krokiem jej prywatny deszcz obejmował coraz większy obszar i nim Lina doszła do domu, zapanował już nad całym miastem, siejąc panikę, ze złością rzucając kroplami o asfalt. Gdy serce Liny uspokoiło się, słońce rozproszyło chmury i wysuszyło jej smutek, zalegający na ulicach w postaci wielkich, lśniących kałuż.

Rousseau odwrócił się. Zdawało mu się, że wyczuł w powietrzu imbir, zapach, którym Lina zawsze się zdradzała. Ale nigdzie nie mógł dostrzec jej drobnej sylwetki.
- Panie Kwiatkowski – zapytał otyłego jegomościa w usianych plamami roboczych spodniach. – Nie było tu przypadkiem rudej dziewczyny, dość wysokiej?
- Przykro mi, szefie – kierownik brygady remontowej rozłożył ręce w geście bezradności. – Nikt nie wchodził.

W jego głosie nie było śladu francuskiego akcentu, który by kaleczył wypowiadane słowa. Śmiał się i mówił, że to dlatego, że tylko w połowie jest Francuzem, matka dopilnowała, by nauczył się jej ojczystego języka. Zawsze przysiadywał na brzegu biurka, twarzą do klasy i prowadził swobodny dialog z uczniami. Lubił wyglądać przez okna swojej Sali, czasami zdarzało się, że całą przerwę spędzał z głową wytkniętą na zewnątrz, ciesząc się widokiem ogromnego orzecha, rosnącego na dziedzińcu szkoły. Wzdrygał się na dźwięk dzwonka, przygładzał zwichrzone wiatrem włosy i wzdychał z uśmiechem.
Pewnego dnia Lina wprowadziła chaos w życie szkolne, przychodząc na zajęcia w stroju wróżki. W różowej paczce, z migotliwymi skrzydełkami u ramion i uwieńczoną złotą gwiazdą różdżką w dłoni rozsypywała magiczny pył po korytarzach i klasach. Wpadła do jego Sali roześmiana, cała rozpromieniona. Drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem. Sięgnęła do zielonej saszetki i dmuchnęła srebrnym proszkiem w jego zdziwioną twarz. Wtedy właśnie wkroczył wiatr. Wkradł się przez okno, które Rousseau przez nieuwagę zostawił otwarte, wzbił do góry zasłony z delikatnego, półprzezroczystego materiału i przykrył nimi ich sylwetki. Śmiał się przy tym szelestem przewracanych kartek książki, zadowolony, że znalazł nowe ofiary. Gdy dostatecznie namieszał w ich sercach, wycofał się po cichu, pozwalając zasłonom opaść na swoje miejsce i zamykając za sobą okno.


Komentuj|3
poniedziałek, 15 czerwca 2009